🕊Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą;
🕊nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;
🕊nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
🕊Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.
1 Kor 13, 4–7 (Biblia Tysiąclecia)
Ten fragment jest najczęściej przytaczanym, aby pokazać naturę miłości. Ale czy to wszystko oddaje pełnię tejże miłości, czy wypełniając tylko te punkty będziemy mogli o kimś powiedzieć, że prawdziwie kocha.
Zawsze w takich tekstach brakuje mi największej miłości do bliźniego - tej w której dla prawdy, dobra jestem gotowa, gotów jako człowiek narazić się na nienawiść i ostracyzm. Czasem może się tak zdarzyć, iż zabraniając - powstrzymując zło ktoś mnie znienawidzi. Kto jest gotów na takie poświęcenie, na taką miłość?
Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony.
[Mt 10, 22]
Czy nie jest tak, że jeżeli podaję swojej chorej matce leki, choćby na chorobę psychiczną - zmuszam ją do tego, często nawet dostanę po twarzy, ale mimo wszystko nie gniewam się na nią i staram się jak mogę, aby te leki wzięła. Lub też widząc swojego pijanego ojca, który zaczyna niszczyć przedmioty w naszym mieszkaniu, czy nie lepiej będzie złapać go w tak mocnym uścisku, który będzie powodować jego olbrzymi dyskomfort i wściekłość, oczywiście starając się przy tym nie uczynić mu żadnej krzywdy, albo jak najmniejszą jak to tylko możliwe.
Czy taka postawa będzie właściwie rozumianą miłością?
Komentarze
Dokładnie o tym wczoraj myślałam. W konteście poczynań dorosłego syna zastanawiam czy aby nie nazbyt uparcie trwam przy swoim natrętnym napominaniu. Bliscy mi mowią żebym odpuściła bo "takie są czasy" a młody nic takiego złego przecież nie robi, wszyscy teraz tak się zachowują. Wiem, że gdybym odpuściła to atmosfera w rodzinie by sie poprawiła, syn byłby zadowolony i być może na swój sposób szczęśliwy ... przez pewien czas. I wtedy przypominam sobie słowa "kto nie ma w nienawiści swego ojca (...) i dzieci, nie może być moim uczniem". Nigdy tego nie rozumiałam aż do teraz. Gdy przedłożę komfort i dobre samopoczucie syna i moje własne, tak naprawdę zrobię sobie i jemu krzywdę. Trzeba kochać Boga ponad wszystko - to jest gwarancją szczęścia dla wszystkich. Tak to dziś rozumiem.
A ja nie jestem przekonana do analogii ojca pijaka i opiekującego się nim dziecka na wyjaśnienie sytuacji z Papieżem i Bractwem św. Piusa X. Od ojca pijaka trzeba czasem odejść i większą miłością jest powiedzieć nie niż udawać, że jest ok i ponosić odpowiedzialność za nie swoje pijaństwo. Także taka akurat analogia po święceniach biskupich rodzi we mnie skojarzenia raczej inne od zamierzonych.