Przeczytałem niedawno, że św. Maria Magdalena de Pazzi z miłości do Pana Jezusa biła w dzwon, żeby cały świat do kochania pobudzić. Patrząc na tę scenę oczyma wyobraźni widzę niejako wzajemne niezrozumienie - po pierwsze sióstr, które ze zdziwieniem obserwują niecodzienne zachowanie świętej zakonnicy, po drugie zaś, samej Marii Magdaleny, być może nie potrafiącej w tej ekstazie pojąć, że dzwony ludzkich serc nie biją dla Pana Jezusa ustawicznie, a jedynie od czasu do czasu. W zasadzie bowiem powinno być całkiem inaczej - niezmierzona, nieskończona Miłość zasługuje na pełną wzajemność, na pełne zaangażowanie serca, duszy, umysłu i mocy, na dzwony bijące w dzień i w noc.
Rozważając to, zawstydzam się. Trudno mi klęknąć do modlitwy z cichym, ale głębokim uwielbieniem dla Bożego Miłosierdzia, dla Jego niestrudzonej, cierpliwej Miłości. Skupiam się na tysiącu czasem nawet ważnych rzeczy, a potrzeba tylko jednego. Łaska jak krople wody drąży skały mojego serca, a płynęłaby potokiem, gdybym, wpatrzony w i ogarnięty Miłością, chociaż przez chwilę naprawdę pomyślał o Panu Bogu i o tym, jak bardzo mnie kocha.
Och, obudź się więc, duszo moja, bij w swój zakurzony dzwon, bij ze wszystkich sił! Czegóż ci więcej potrzeba?