Edukacja - czy zależy od niej nasza przyszłość?

  @Robert
25.11.2024

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Chciałbym się podzielić swoimi przemyśleniami na temat jednego z segmentów Kościół, szkoła, strzelnica, mennica, szpital. Chodzi mianowicie o szkołę, a konkretnie edukację i wychowanie dzieci. Jestem odpowiedzialny za swoich potomków i wolałbym tego nie zepsuć. Czy mi się uda, to okaże się dopiero za kilka lat. Tyle dobrze, że chociaż wiem jaki kierunek chcę obrać. Z chęcią zapoznam się też z doświadczeniami innych lub poznam doświadczonych pedagogów PRZYWIĄZANYCH DO TRADYCJI ;).

Zadałem w temacie pytanie: czy nasza przyszłość zależy od edukacji? Oczywiście, że tak.

Trzeba sobie coś uświadomić. Część społeczeństwa jeszcze jakoś tam oburza się, kiedy wchodzi temat zdejmowania Krzyża w miejscach publicznych, edukacji seksualnej, czy wpuszczania dewiantów do szkół. Słudzy szatana i nieszczęśnicy na ich garnuszku zawsze sprawdzają na ile mogą sobie pozwolić. Jeśli pojawi się wystarczający sprzeciw muszą dać krok do tyłu. Wtedy oczywiście nie rezygnują. Za jakiś czas znowu spróbują. Wyobraźmy sobie, że nowe pokolenie jest już wychowywane w salach bez Krzyża z powszechną edukacją seksualną prowadzoną przez brodate „kobiety”. Dla nich stanie się to standardem i z pewnością nie podejmą już żadnej walki. Nie będzie to już dla nich w ogóle dziwne, bo nie będą pamiętali innej rzeczywistości. Dlatego na nas świadomych spoczywa tak wielka odpowiedzialność za przyszłe pokolenia i po prostu NIE MOŻEMY tego przegrać. Nasze dzieci mogą już żyć w czasach, kiedy wystarczającego sprzeciwu nie będzie. Zamanifestowanie przywiązania do Krzyża może już być wtedy aktem heroicznej i niecodziennej odwagi. Czy będziemy mogli wtedy spojrzeć w lustro, jeśli zgotujemy im ten los?

Weźmy trochę historii. Jeszcze nie tak całkiem dawno model rodziny w której mężczyzna utrzymuje dom, a kobieta się nim opiekuje i wychowuje dzieci był czymś całkowicie naturalnym. Wiele się zmieniło. Nie będę wchodził w szczegóły dlaczego. Dziś przy pracy obojga rodziców wiele rodzin ledwie wiąże koniec z końcem. W takich warunkach dziecko spędza coraz mniej czasu z rodzicami. Zwłaszcza, że z jednej strony nie pozwalają na to warunki materialne, a z drugiej strony jest natarczywa propaganda, żeby dziecko od rodziców odizolować jak najszybciej. Słyszałem, że w Belgii jest bardzo „humanitarna” praktyka zabierania do żłobków paromiesięcznych dzieci, żeby nie zdążyły się za bardzo przyzwyczaić do matki. Ważne jest wszystko – praca, pieniądze, kariera zawodowa, tylko nie DZIECI. Uważam, że nic nie zastąpi dziecku matki. Najlepiej gdyby do 6 roku życia mogło mieć szczęśliwe dzieciństwo u jej boku. W tych czasach to już niestety tylko marzenie, a przez wiele osób postrzegane nawet jako coś nienormalnego. Jestem przekonany, że armii ciemności docelowo chodzi o to, żeby całkowicie zabrać dzieci od rodzin. Dzieci mają być własnością państwa, a nie rodziców. Coraz większy problem pojawia się też niestety w mentalności samych rodziców. Nawet przy stabilnej sytuacji ekonomicznej wielu młodych ludzi chce gdziekolwiek oddać płaczącego i namolnego bachora, byleby mieć trochę świętego spokoju. Nie tędy droga.

Przejdźmy do wychowania. Prawda jest taka, że nie ma złotych zasad wychowawczych. Dzieci są różne. Do każdego dziecka trzeba podchodzić indywidualnie. Jedno dziecko będzie miało usposobienie spokojne, drugie dziecko będzie miało usposobienie żywiołowe. Na jedno dziecko będą działały określone metody wychowawcze na inne nie będą. Wreszcie dzieci mają przeróżne umiejętności. Szkoła od wielu lat uczy w ten sposób:  małpa, słoń i krokodyl mają sprawdzian z chodzenia po drzewach. Indywidualizm i talenty nie mają najmniejszego znaczenia. Szkoła potrafi też dziecku zaszkodzić. Słyszałem o przypadku, kiedy straszono dziecko zdaniem: „jak będziesz niegrzeczny to pójdziesz do piekła”. Takie dziecko potem potrafi bać się swojego cienia i w życiu nie podejmie w sposób rzeczowy tematyki kwestii ostatecznych.

Na przestrzeni ostatnich lat świat przeszedł dosyć znaczącą metamorfozę. Kiedy starsze osoby patrzą na to co się obecnie dzieje stwierdzają „za moich czasów to by dostał w tyłek i by czegoś takiego nie było”. Każdy z nas się zgodzi, że kiedyś było wychowanie „twardsze”. Rodzice po prostu narzucali dzieciom co mają robić, bo inaczej istniała nieuchronna groźba ostrego lania. Na potrzeby tego wpisu te starsze osoby nazwę „pokoleniem pasa”. Dziś natomiast wszystko zmieniło się o 180 stopni. To dzieci często mówią rodzicom co mają robić. Robią, co chcą i wielu rodziców nie ma na nich kompletnie żadnego wpływu. Efekt takiego bezstresowego wychowania na potrzeby tego wpisu nazwę „pokoleniem bezstresowym”.

Dziś ja staję gdzieś pomiędzy pokoleniem pasa i pokoleniem bezstresowym i próbuję dobrze wychować swoje dziecko. Nie chcę tego zepsuć i z jednej strony chcę, żeby dziecko mnie słuchało i szanowało, a z drugiej strony zachowało swoją tożsamość i indywidualizm. Dlaczego to takie arcytrudne?

Znam osoby, który od pokolenia pasa dostały mocno po tyłku i mają o to żal do rodziców aż do dziś. To osoby ze spokojnym usposobieniem i pewnego dnia rodzica po prostu „poniosło”, bo miał gorszy dzień. Znam osoby z żywiołowym usposobieniem, które pasem dostawały 30 razy i nigdy nie zrozumiały jaki to ma sens. Dalej rozrabiali, ale po prostu wiedzieli, że będzie trzeba za to później oberwać. Znam też z pięć osób, które przez przymuszanie rodziców zraziły się do Kościoła. Ktoś im kazał chodzić na zasadzie „bo tak” i w ramach buntu robią aż do dziś na przekór…

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, bo nie jestem fanem ani bicia, ani przyzwalania na wszystko. Jednym i drugim można wyrządzić dziecku wielką krzywdę. Jak sobie zatem poradzić? Każdy musi wypracować swoje sposoby, ale przede wszystkim dawać przykład samym sobą. Patrząc na to jak zwariował świat stwierdziłem, że pokolenie pasa nie ma już żadnej racji bytu. Wymuszanie siłą na dziecku określonego zachowania lub wychowanie wyłącznie strachem przed karą wykształca w dziecku „spolegliwość”. Jakżeż pożądana cecha przez władców tego świata, którzy chcą mieć pod sobą samych niewolników. Dziecko w ten sposób wychowywane nie odnajdzie się też w świecie wszechobecnego bezstresowego wychowania. Każde wyjście do świata będzie się wiązało z żalem do rodzica, że inni mogą wszystko, a tylko u mnie w domu jest taka „rzeźnia”. Prędzej czy później uczucie przerodzi się w otwarty bunt i wtedy katastrofa gotowa. Na drugim biegunie jest wszechobecne „pokolenie bezstresowe”. Widać je na każdym kroku. Dla przykładu historyjka z życia wzięta:

Na placu zabaw bawią się dzieci. W pewnym momencie jedno z dzieci zaczyna wrzeszczeć w rytm jednej ze znanych piosenek „Solo, solo, piję sobie wódę z colą”. Mamusia nie jest zadowolona. Rodzice innych dzieci też patrzą nerwowo po sobie. Mamusia mówi stanowczo: „Kubusiu nie mów tak”. Kubuś jednak czuje się jeszcze bardziej bezstresowo i zaczyna drzeć się jeszcze głośniej. Podbiega do matki i zaczyna krzyczeć jej prosto w twarz „SOLO, SOLO, PIJĘ SOBIE WÓDĘ Z COLĄ!”.  Na Kubusia już raczej będzie ciężko wpłynąć. Jak to mówią: po ptokach. Pozostali rodzice drżą, czy przypadkiem ich pociechy nie podłapią wesołej pioseneczki i nie zanucą potem w domu.

Potem dziadek Tadeusz się dziwi i pyta: „Ludzie. Gdzie ten Antek się tak nauczył kląć? Jak to, gdzie dziadku? W SZKOLE”.

Dobijam do brzegu. Mój przydługi wywód ma na celu uruchomienie wyobraźni na temat edukacji dzieci. Wiem po sobie, że jest o czym myśleć. Uważam, że posłanie swojego dziecka do pierwszej lepszej placówki to fatalny pomysł, którym można od razu wszystko zaprzepaścić. Warto już teraz brać to pod uwagę. Wiem, że myślę radykalnie i nie każdemu się to spodoba, ale uważam, że zatroskany rodzic ma niestety już tylko 2 opcje:

1.      Znaleźć w pobliżu placówkę (najlepiej katolicką), której jeszcze można zaufać.

2.      Edukacja domowa.

Ja wybrałem opcję numer 2. Jeśli są tutaj osoby, które to interesuje chętnie w następnym temacie podzielę się swoimi przemyśleniami i doświadczeniami. Może ktoś tutaj ma dzieci na edukacji domowej i opowie o swoich wnioskach? Dla wielu będzie to też odkłamanie rzeczywistości, bo jak słyszę „przecież nie będzie mieć kolegów i koleżanek” to nie wiem czy się śmiać, czy płakać.

Serdecznie pozdrawiam 

Komentarze