USA nie jest (i nigdy nie było) bytem opartym na cywilizacji łacińskiej. USA jest kreacją judeomasońską zbudowaną w kontrze do Rzymu (cywilizacji łacińskiej, chrześcijańskiej). Prawie wszyscy kluczowi tzw. ojcowie założyciele byli judaizantami (protestantami) i/lub deistami i/lub wolnomularzami. Bodajże tylko jeden z (56) sygnatariuszy Deklaracji Niepodległości (1776) był katolikiem (senator Charles Carroll z Carrollton) i było bodaj tylko dwóch katolików (z 39) wśród tych, którzy podpisali Konstytucję (1787).
O początkach USA mówi się w niektórych opracowaniach jako „Nowej Jerozolimie” i nie jest to żadna późniejsza metafora, lecz jeden z centralnych elementów wizji religijnej pierwszych osadników – purytanów i pielgrzymów (separatystów). Widzieli oni Nowy Świat nie tylko jako schronienie przed prześladowaniami w (protestanckiej) Anglii, ale jako miejsce realizacji biblijnego proroctwa: budowę idealnego, czystego społeczeństwa, które stanie się nowym Izraelem i Nową Jerozolimą opisaną w Apokalipsie św. Jana (Rozdział 21).
Purytanie, którzy masowo przybywali do Nowej Anglii od 1620 (najpierw pielgrzymi na „Mayflower”, potem wielka migracja w latach 1630-40), byli głęboko przekonani, że Bóg wybrał ich do „świętego eksperymentu”. Uciekali przed „zepsutym” kościołem anglikańskim i monarchią, by w dzikiej „pustyni” zbudować teokratyczne społeczeństwo oparte wyłącznie na Biblii. Ich celem nie była tylko wolność religijna (postulat forsowany w Europie zawsze przez żydów), lecz stworzenie modelu dla całego świata – społeczności, w której Bóg będzie „mieszkał wśród swojego ludu”.
Niektórzy purytanie dosłownie nazywali swoje osady Nową Jerozolimą, np. John Davenport (1597–1670), jeden z najwybitniejszych purytańskich pastorów, w 1638 założył kolonię New Haven (dzisiejsze Connecticut) właśnie jako „Nową Jerozolimę”. Nazwa „Salem” (od hebrajskiego shalom – pokój) dla pierwszej osady purytańskiej w 1628 też nie była przypadkowa – symbolizowała nową Jerozolimę. Purytanie łączyli to z millenaryzmem (wiarą w tysiącletnie królestwo Chrystusa). USA miało być miejscem, gdzie spełni się proroctwo Izajasza i Apokalipsy – „nowy Izrael” i „nowa Jerozolima”, z której wyjdzie światło dla narodów. Nie chodziło o zwykłą kolonizację, lecz o „kosmiczny plan Boży”. Ta idea przetrwała i ewoluowała stała się częścią amerykańskiej „religii obywatelskiej”, wpłynęła na retorykę Rewolucji Amerykańskiej, na Manifest Destiny (XIX w.) a także na amerykański mesjanizm XX wieku, czego wyrazem było „miasto na wzgórzu” Ronalda Reagana. „City upon a hill” tudzież „Shining city upon a hill”, to jedno z najbardziej charakterystycznych haseł Ronalda Reagana. Używał go regularnie przez całą swoją karierę polityczną – od lat 70., przez kampanię prezydencką 1980, aż po pożegnalne przemówienie w styczniu 1989.
Warto także wspomnieć Artykuł 11 Traktatu Pokoju i Przyjaźni ze Stanami Barbaryjskimi (Tripoli), podpisanego w 1796, a ratyfikowanego przez Senat USA (jednogłośnie) 7.06.1797 i zatwierdzonego przez prezydenta Johna Adamsa kilka dni później. Stanowi on: „Ponieważ rząd USA NIE JEST W ŻADNYM SENSIE oparty na religii chrześcijańskiej — ponieważ nie ma w sobie żadnego charakteru wrogości wobec praw, religii lub spokoju Muzułmanów — oraz ponieważ wspomniane USA nigdy nie wszczęły żadnej wojny ani aktu wrogości przeciwko żadnemu narodowi mahometańskiemu, strony oświadczają, że żaden pretekst wynikający z opinii religijnych nigdy nie spowoduje przerwania harmonii istniejącej między obydwoma krajami.”
Zostawiając na boku kwestię tego, czy współcześni głosiciele „chrześcijańskiego syjonizmu” autentycznie wierzą w ten niedorzeczny, niespójny koncept (uważam, że te najważniejsze postacie nie wierzą), to nie ulega wątpliwości, że między mesjanistami żydowskimi i judaizanckimi istnieje w istocie symbioza. Kolejni prezydenci USA, nie wyłączając Trumpa, idą w tym samym kierunku. Jeden szybciej, drugi wolniej. Ale wszyscy wdrażają tę samą wizję, w której żydzi zajmują poczesne miejsce. Czynią to nie dlatego, że są na nich kompromaty (choć takowe również mogą być), ale dlatego, że tacy są.
Nieprzypadkowo od 1978 (czyli już od blisko 50 lat) mają miejsce coroczne proklamacje prezydenckie - znane najpierw jako „Education Day” a następnie „Education and Sharing Day, U.S.A.”, niezależnie od tego czy na urzędzie jest prezydent republikanów czy demokratów - ku czci piekłoszczaka, Menachema Mendla Schneersona, rebbe Chabad Lubawicz.
Natomiast o tym, że USA przyjęło noachizm można zasadnie twierdzić od 1991. Wówczas bowiem (a dokładnie 20.03.1991) George Bush senior, przy okazji wspomnianego „Education and Sharing Day, U.S.A.”, podpisał dokument, w którym wprost wspomina się o 7 Prawach Noego (7 Noahide Laws), a CAŁY KONGRES USA JEDNOGŁOŚNIE (głosowaniem głosowym) przyjął rezolucję. Dla przypomnienia Noachizm to koncept wymyślony przez talmudyczną synagogę dla nie-żydów (gojów), obecnie forsowany głównie przez Chabad Lubawicz, traktujący o siedmiu prawach, które - według tradycji talmudycznej - Bóg dał Noemu (i wszystkim ludziom) po potopie jeszcze przed przymierzem z Abrahamem i Mojżeszem. Stanowią one minimalny, uniwersalny kodeks moralny dedykowany gojom. Te siedem praw, to:
1. Zakaz bałwochwalstwa (wiara w jednego Boga, zarówno co do osób jak i natury, więc antytrynitarna).
2. Zakaz bluźnierstwa (przeklinania Boga).
3. Zakaz morderstwa.
4. Zakaz cudzołóstwa i niemoralności seksualnej.
5. Zakaz kradzieży.
6. Zakaz jedzenia mięsa z żywego zwierzęcia.
7. Nakaz ustanowienia sądów sprawiedliwości.
Niedawno ukazał się znakomity artykuł, w którym bardzo przekonująco pokazano, że zachowanie Trumpa względem żydów, względem Izraela wynika nie tyle z uległości podszytej szantażem, z faktu infiltracji przez „obcych”, lecz jest wpisane w amerykańskie DNA: reseauinternational.net/trump-le-judaisme-et-les-etats-unis-une-histoire-dadn/
Komentarze
Bardzo ciekawe...