Poezja Cypriana Kamila Norwida z pewnością zasługuje na uwagę czytelnika, szczególnie polskiego katolika. W czasach śmierci poezji, a także agonii czytelnictwa, warto zauważyć, iż twórczość Norwida posiada religijny fundament. Norwid nie osuwał się nigdy w heterodoksję, czego nie można powiedzieć o innych wieszczach.
Rozważmy kilka aspektów dzieła „Rzecz o wolności słowa”. Ów poemat został wygłoszony 13 maja 1869 roku na jednym z odczytów publicznych, urządzonych przez Komitet Stowarzyszenia Pomocy Naukowej w Paryżu.
Nauka o literze
Łatwiej z Norwidem współmyśleć niż Norwida streszczać. Dlatego lepiej zaświadczyć o kierunku myśli inspirowanych lekturą niż usilnie zgadywać to, co poeta miał na myśli. Na początku poematu można przeczytać, że słowo „miało (…) od razu swój wnętrzny stan bytu i swoje zewnętrzne obudowanie literą.” Słowa „są z prawdy, ducha i są z litery zarazem.” Żadna z tych części nie powinna być ignorowana; w innym wypadku sprzeniewierzamy się Świętości Słowa. Litera jest ciałem słowa. Kiedy ją ignorujemy, to tak naprawdę odcieleśniamy Słowo. Tymczasem właśnie „Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas.”(J 1, 14) Bóg wybrał i umiłował krótkość i ograniczoność słowa, a nie wyrafinowaną gnozę. Czyż krótkie, określone nakazy Dekalogu, jak „Nie zabijaj” czy „Nie cudzołóż” nie są same w sobie jakimś przedziwnym proroctwem nad tym, że Słowo w żłóbku stanie się małe, krótkie? Pod kruchością litery przychodzi pokorny Bóg.
Istnieje wiele buntów przeciw literze, przeciw prawu. Z uduchowioną miną przechodzi się ponad literą i to w tak różnych dziedzinach, jak dokumenty kościelne z jednej strony, a z drugiej filmy, których twórcy zapominają najwyraźniej o dziełach, które ekranizują. Ten, kto twardo trzyma się prawa Bożego jest uważany za człowieka intelektualnie ograniczonego, uparciucha i radykała. Ale przecież Chrystus przyjął właśnie ograniczenie ciałem; we Wcieleniu stał się całkowicie zależny od Maryi na mocy woli Bożej. Istnieją takie ograniczenia, które trzeba przyjąć do wiadomości, a poucza nas o nich wiara oraz samo świadectwo rzeczywistości. Stąd większość buntów przeciw wszelakim ograniczeniom jest nie tak znowu dalekim echem buntu przeciw Wcielonemu Słowu.
Dlatego trzeba głosić pochwałę określoności. Chyba największym błędem współczesnej epoki jest nienawiść do granic w myśleniu, działaniu, chceniu. Słowa powinny odpowiadać rzeczywistości, a nie być narzędziem jałowego buntu przeciw rzeczywistości. Wielu natomiast twierdzi, że do pełni szczęścia należy rozbroić wszelkie granice, albowiem nieokreśloność uważa się za bardziej uduchowioną, głębszą, niepospolitą. Według wielu słowa należy rozciągać nieprawdopodobnie, aby mogły objąć maksimum wypadków. Okazuje się jednak, że po spełnieniu takich ambicji nie osiągamy większej głębi; raczej wpadamy w pułapkę, bo język przestaje już opisywać świat. Okazuje się, że, jak pisze Thomas Stearns Eliot, „nie znaczy nic nasza mowa.” Zawsze nienawiść do granic przechodzi w nienawiść do natury ludzkiej, którą Chrystus przyjął dla naszego zbawienia. Owa stała pokusa odcieleśnienia ku uduchowieniu, rezygnacji z określoności słów na rzecz nieokreśloności przedstawia się jako coś raczej anielskiego niż ludzkiego; coś ze sfery zbuntowanych aniołów.
Szklanka herbaty i słone morze
Widzę, że Świętość-Słowa pierwszą jest, co woła,
Celem będąc zarazem i środkiem- zaś dla niej
Litera, jako przestrzeń i czas, śród otchłani
Litera zatem jest materią, ciałem słowa i nie należy jej ignorować. Inaczej wpadniemy w nieokreśloność, w otchłań, w której nic nie ma znaczenia i nic nikogo nie obchodzi. Taki świat cechuje się nieprzezwyciężoną banalnością, nijakością, mdłą pospolitością i masowością.
Rzecz jasna, ta niezwykle głęboka myśl, ma swoje bezpośrednie odniesienie do teologii. Jeśli litera jest ciałem słowa, to możemy równie dobrze powiedzieć, że dogmat jest ciałem wiary katolickiej. Dziś nie tyle istnieją próby otwartego sprzeciwu wobec konkretnych prawd wiary, ale reklamuje się „chrześcijaństwo bez dogmatów” jako bardziej uduchowione. W imię teologicznej nieokreśloności ignoruje się ograniczającą „cielesność” dogmatu. W tych znaczeniach Norwid istotnie jest wieszczem, który przewiduje naturę błędów atakujących wiarę w XX wieku, łącznie z modernizmem.
Powyższe zagadnienie można zilustrować pewnym obrazem. Otóż spragnionemu człowiekowi w pierwszej chwili zda się, że w wielkim morzu łatwiej ugasi swe pragnienie niż przez wypicie szklanki herbaty. Dopiero po zorientowaniu się, że morze jest słone możemy w tym aspekcie należycie ocenić walor herbaty. Rzecz się ma analogicznie z granicami wykuwanymi przez słowa w stosunku do nieokreśloności współczesnego świata, w którym nawet określanie płci staje się podejrzane. Początkowo mamy wrażenie większej głębi w myśleniu i wolności w działaniu, gdy zniesiemy granice. Po chwili jednak chętnie wrócimy do prostej jak szklanka herbaty określoności słów. Na marginesie można dodać, że powyższe rozważania mają też zastosowanie do poezji. Poezja bowiem nie polega na dowolności słowa, lecz na jego intensywności. I w poezji zatem rysuje się problem granic, określoności i nieokreśloności.
Skrajne podejścia
Oczywistością zdaje się stwierdzenie, że powyższe dowartościowanie litery i prawa wcale nie neguje znaczenia prawdy i ducha. Właśnie w tym kluczu Norwid dostrzega dwa błędne podejścia do słowa.
Tu-wewnętrzne-słowo,
Wdziawszy na się obrządek, zakwitnęło mową,
I w tym je stopniu widzim wychodzące z Arki, (…)
Aż do czasu, gdy coraz to szerzej zewnętrzne
Stawić sobie chce miasto Babelu napiętrzne,
I o ile wpierw było w monologu schnące,
Jako zbujałe drzewo wątpliwie kwitnące,
O tyle teraz całe się na zewnątrz niesie
Możemy zatem wyróżnić dwa błędne podejścia. Jednym jest „u-zewnętrzniałe słowo”; słowo, które wywodzi się tylko z relacji, ze struktur. Takie słowo staje się podrzędne wobec urządzania zewnętrznego świata; służy tylko budowaniu propagandowych pomników pychy. Nie ma zakorzenienia w sercu ludzkim, nie przepływa przez serce; nagina się je dla antropocentrycznych celów. Przykładowe hasło: Najpierw partia, potem prawda.
Drugim błędem okazuje się słowo „w monologu schnące”. Takie słowo staje się sługą zamkniętego na świat zewnętrzny podmiotu, zapisem strumienia świadomości. Człowiek czci swoje wyobrażenia, zajmuje się tylko swoimi myślami. Zamyka się w sobie, a świat zewnętrzny interesuje go o tyle, o ile wchodzi z nim w konieczne związki. Jest przywiązany do swojej narracji i dba o niewiele więcej.
Oba podejścia łączy traktowanie słowa jedynie jako narzędzia, a różnią cele, jakie sobie stawiają: zewnętrzne lub wewnętrzne. Przeciw tym błędom Norwid wyjawia genezę słowa: „Słowa człowiek nie wywiódł ze siebie sam- ale słowo było z człowieka wywołane i dlatego dwie przyczyny tam uczestniczyły: jedna - w sumieniu człowieka, druga - w harmonii praw stworzenia.” Zwieńczeniem tego wątku niech będzie jeszcze jeden cytat z Norwida:
Słowo więc całość w sobie od początku niosło,
Rozwinęło je tylko uczone rzemiosło.
I od początku była część zewnętrzna słowa
I wewnętrzna- jak wszelkiej świątyni budowa
Szeroka jak pożar
Norwid przenikliwie dostrzega wielorakie występki ludzkie przeciw słowu. Jednym z nich jest, można powiedzieć, sprzedawanie pereł prawdy po zaniżonych cenach ku zjednaniu życzliwości tłumów. Norwid protestuje przeciw taniemu oświecaniu mas, czynieniu prawdy szeroką jak pożar. Częstokroć, gdy tłumy wychwalają, mamy do czynienia jedynie z pożarem banału, rozciąganego słowa. To niebezpieczeństwo odnosi się do głoszenia Ewangelii:
Dziś- w Ewangeliach nawet czytają, co wolą!
A czego wcale nie ma… lecz co tak się czuje,
Tak czyta, jak się puści i z-wulgaryzuje.
Ten, który przekazuje wieczne prawdy, nie musi się martwić o swoją aktualność czy niepopularność. Tak jest z Ewangelią i ze wszystkim, co wielkie w człowieku. Stąd pogłoski o śmierci poezji Norwida są stanowczo przesadzone.
Cytaty pochodzą z „Rzeczy o wolności słowa” Cypriana Kamila Norwida.
Ponadto jeden raz cytowany jest Thomas Stearns Eliot – jego poemat „Wydrążeni ludzie”