Żyjemy w czasach Netflixowej ułudy - to chyba wie każdy, komu dane było sprawdzenie na własne oczy tego co ten serwis ma do zaoferowania. Z każdym kolejnym rokiem idzie to coraz dalej, coraz głębiej i tak jak kolejne odsłony znanych serii - coraz mocniej i coraz "bardziej". W pewnym momencie musząc już dotknąć pewnego absurdu. Choć być może jako okazjonalny praktyk tej używki mam jeszcze jakiś dystans i potrafię dostrzec dysonans między zamiarami twórców, tym co pokazali, a tym co faktycznie się w tym "dziele" znalazło. A jest to "dzieło" przewrotne, bo nie często we współczesnej twórczości negatywną postacią jest ktoś o jasno określonym pochodzeniu na literkę ż, który w dodatku ucieka do państwa położonego tam gdzie chce, gdy grunt zaczyna mu się palić pod nogami. Ale od początku...
Historia w zamierzeniu ma traktować o Bogu ducha winnych oszukanych przez zwyrodnialca kobietach, które tylko szukają prawdziwej miłości i skłonne są za nią oddać naprawdę dużo. W walce o swojego wymarzonego mężczyznę, nie ważne, że znają go od kilku tygodni, gotowe są zastawić swój dom i swoją przyszłość. Nawet gdy on cynicznie je wykorzystuje, to one chcą widzieć w nim tę bliską osobę, z którą chcą być już zawsze zgodnie z hollywodzką zasadą "i żyli długo i szczęśliwie". Mężczyźni są jednak albo nieatrakcyjni albo źli i właśnie dlatego współczesna kobieta skazana jest na samo... No właśnie nie na samotność, tylko na wymówkę, by do końca swoich możliwości przyciągania przedstawicieli płci przeciwnej (o dziwo brak wątków genderowych) korzystać intensywnie w aplikacji "randkowych". A skoro czeka to nawet główne bohaterki paradokumentu, dość młode, dość atrakcyjne o niezaprzeczalnej pozycji społecznej i zawodowej, to co dopiero zwykłe dziewczyny średnie we wszystkim, do których zdaje się być kierowane to widowisko? A to wszystko na łamach kilku, zdaje się godzinnych, odcinków. Brrr...
To jest teza, którą chcą nas karmić agenci wpływu.
A co widać tam naprawdę? Albo inaczej. Co ja tam widzę? Coś wprost przeciwnego.
Na początku historii poznajemy bohaterki, istne weteranki tindera, które w każdej wolnej chwili zajmują się przesiewaniem nieprzerwanego strumienia męskich twarzy w poszukiwaniu jednego - dorobionego i atrakcyjnego mężczyzny. Choć to drugie nie jest aż tak konieczne i nadmiar pierwszego zdecydowanie nadrabia braki w drugim, czego przykładem jest filmowy czarny charakter - typowy nadęty przedstawiciel narodu na literę ż, który nie szczególnie nawet stara się eksponować siebie, a bardziej dobroci jakimi się otacza oraz, naprawdę sztampowo - handel brylantami. Nawet nie chce udawać szczególnie miłego, zainteresowanego, od początku tylko afiszuje się z pieniędzmi i drogimi kamieniami. Działa to na zasadzie nigeryjskiego przekrętu - na wstępie chce odsiać wszelkie moralne kobiety z zasadami,a diamenty dodatkowo budzą dwa skojarzenia. Pierwsze jest oczywiste, a drugie to pierwiastek nielegalności, brudnych interesów. A czy jest coś, co pociąga bardziej niż bad boy, będący synem potentata w tej dziedzinie, pochodzącego z państwa na literę i? Dla bohaterek zdecydowanie nie. Pierwsze spotkanie jest aranżowane w jakimś drogim hotelu, pod pretekstem kawy, gdzie z ust Simona Levieva po wypiciu filiżanki czarnego napoju pada propozycja wycieczki na drugi koniec świata. Oczywiście - jakby inaczej, jego prywatnym samolotem. Tam oczywiście musi dojść do szybkiego zbliżenia i odesłania do domu, aby dziewczyny szybko zeskoczyły z trampoliny niewyobrażalnego bogactwa na twardy grunt szarej codzienności. Następnie niczym u Hitchcocka napięcie rośnie, izraelski książe zaczyna się wydawać tylko snem, z którego wybudza każdego dnia przypominający o pracy budzik. Wtem! Tak tylko beznamiętna wiadomość głosowa jak tylko można sobie wyobrazić z pytaniem, czy rozmarzona bohaterka zechciałaby zostać jego dziewczyną... Tak, nie zmyślam, to się dzieje naprawdę. Ta produkcja jest kierowana do osób z macicą w wieku od 16 roku życia do końca marzeń o karierze na tinderze. Głupota z jaką jest to wszystko serwowane sprawia, że adaptacja historii, która ma być czymś przejmującym, staje się komedią, ale nie w typie inteligentnego żartu, a raczej serii Naga Broń z Leslie Nielsenem. I to też tych późniejszych. Gdy pada oczywiste i długowyczekiwane TAK, karuzela emocji rozkręca się na dobre. Najpierw obietnice bogactwa, szukanie mieszkania na wynajem za astronomiczne sumy, drogie wyjazdy do jeszcze droższych miejsc, by nagle ta cała sielanka miała się przeistoczyć do postaci piekła, jakie ma przeżywać geniusz zła. Ale zanim to - konieczne odwiedziny i pochwalenie się rodzinie z kim się teraz spotykają, składanie nieformalnych obietnic z których ciężko się będzie wycofać, by znajomym nie podniosły się opadnięte do ziemi szczęki. Mechanizm działania jest skuteczny i cytując klasyka - arcyboleśnie prosty. A moc złożonych obietnic i gotowość do pogodzenia się z faktami tak odległa i trudna jak nie wiem... Co dla potencjalnych widzów może być naprawdę bardzo, ale to bardzo trudne? Zrezygnowanie z subskrypcji netflixa? No nie przesadzajmy, są pewne granice :) Ale naprawdę jest to tak trudne, że w imię parę tygodni wcześniej poznanego chłopaka, który pisząc romantycznie niczym bot z początków XXI wieku i wysyłając wiadomości głosowe zaangażowane mniej niż Ivona z podobnego okresu jest w stanie wydusić z naszych protagonistek wszystko. Dosłownie - gotówka, kredyty, kończy się nawet na chwilówkach i to wielu miejscach. Z każdej z dziewczyn ściąga po równowartości paru setek tysięcy dolarów. Gdy już widzi, że więcej się nie da to... Nadal prosi, aż one z litości dla siebie i swoich doradców w bankach blokują go z najwyraźniej wstydu, że karuzela przestała się kręcić. Akcja toczy się co prawda dalej, ale już na oparach. Następuje płacz, że banki chcą swoich pieniędzy, potem żal, że w związku z tym, że dawały mu obciążać swoje karty kredytowe niezgodnie z regulaminem, to nie mogą od niego żądać zbyt wiele w domenie finansowej, by jak to w dobrym filmie akcji na koniec odnieść jakieś, jakiekolwiek zwycięstwo. Jest nim sprzedaż części jego używanej, podobno kupionej w drogich sklepach, drogich marek garderoby. Bez metek, więc w zasadzie prawie bez wartości, ale w filmie pokazane jest to jako znaczące utrudnienie mu życia, które sprawia, że musi ukryć się w państwie położonym na obszarze Palestyny, dokąd jak się dowiadujemy wprost - macki sprawiedliwości nie sięgają. A gdzie on wiedzie sobie wygodne życie z młodą modelką.
Ten miniserial ma dwa oblicza. Z jednej strony jest doskonałym widowiskiem, gdy chcemy zaobserwować dokąd wiedzie nihilistyczne życie nastawione na konsumpcję i to najlepiej nie za swoje, gdzie celem życia jest memiczne "usidlić bogatszego".
Z drugiej jednak pozostaje pewien żal. Patrząc jak te kobiety już zostają upodlone. Przynajmniej podwójnie - raz przez Simona, drugi raz przez netflix, który najwyraźniej wmówił im, że pokazując się przed kamerami zdobędą powszechne współczucie i sławę, marne popłuczyny po obietnicy bogactwa i życia z milionerem, ale jednak może jednak uda się może zorganizować jakąś zbiórkę, a przynajmniej pokażą jak silnymi jednostkami są i jaką mają odwagę, nawołując inne, im podobne by się ujawniły.
Ale czy było mi ich żal? Ani trochę! Zakładam że ta historia i tak została raczej skrzywiona na ich modłe, gdzie nie mamy drugiego punktu widzenia, gdzie jest jedna linia fabuły oparta o ich ocenę, a mimo tego widzimy, że z pan podający się za Levieva celowo je podpuszcza, szukając tylko tych najbardziej zdesperowanych i żądnych pieniędzy. Że naprawdę daje im sporo szans na wycofanie się podnosząc stawkę upodlenia na każdym kroku, a one mimo wszystko w to brną. Do tego cały mechanizm jest niczym ten z polskiego filmu Konsul, gdzie główną osią dobrego przerkętu jest sprawienie, że przekręcana strona myśli, że przekręca przekręcającego. Że to one oszukują oszusta.
Dyskutowanie o tym marnym przedstawieniu w ujęciu do Katolicyzmu oczywiście nie ma sensu, bo jest dokładnie Jego zaprzeczeniem na każdym kroku. Jedyne co można powiedzieć, to to, żeby jednak pomodlić się za nie i im podobne. Swoją drogą jedna z dziewczyn przyznaje się w zasadzie do setek spotkań zaarażowanych przez tę znaną aplikację "romantyczną"...
Ale czy ma to wartość poznawczą? Dla Katolika? Myślę, że jeśli masz dzieci to ma i to dużą. Bo choć z jednej strony patrząc w ciemność, to ciemność patrzy też na Ciebie, to jednak daje to pewne poczucie momentu w dziejach w jakim się znajdujemy i tego kto i co chce zrobić z naszymi dziećmi . Na co być wyczulonym, na jakie znaki uważać i o czym rozmawiać, jak kierować na właściwe tory i jak zauważyć moment, gdy tory mogą okazać się ślepe.
Jest też ta lepsza, bardziej pozytywna strona - mając naprawdę znikomy kompas moralny, etyczny i minimalny szacunek do siebie, widać jak łatwo takiego zła uniknąć.
Ale najgorsze jest jednak to, że daje nam to świadomość jak bardzo stawiane przez serial tezy są dalekie od rzeczywistości i jak mają być i zapewne często są, rozumiane przez grupę docelową.
Choć poważnie - miejscami rozrywka jest naprawdę niezła :) A przynajmniej ja to tak traktowałem. Na pewno wielu osobom krytyczny seans otworzy oczy.