Jak Państwo sobie poradzili ze swoimi niewierzącymi znajomymi, odkąd odkryliście Tradycję?
Od niedawna zaczęłam odczuwać poważne zgrzyty w relacjach ze swoimi niewierzącymi znajomymi o mózgach wypranych przez lewicową ideologię. Dodam, że te osoby wiedzą, że jestem wierząca i wcześniej podświadomie omijaliśmy tematy, które mogą nas poróżnić i kiedyś mi to wystarczało. Odkąd odkryłam Tradycję, widzę zbyt wiele różnic między nami.
Modlę się za nich, przyjmuję w ich intencji Eucharystię, staram się być dla nich wzorem do naśladowania, ale czy należy robić coś więcej?
- Powinno się czekać na efekty Bożego działania, stopniowo się dystansować i nie reagować? Ale czy milczenie i brak reakcji na konkretne sytuacje nie jest grzechem?
- Czy należy drastycznie się od nich odsunąć (w celu m.in. zabezpieczenia swojej duszy przed ich wpływem)? Oczywiście naturalnie wychodzi, że spotkania z takimi osobami mnie zaczęły męczyć. Nie chce całkowicie ich zostawić, bo widzę, że mogę być w tym momencie ich jedynym wierzącym znajomym. Poza tym, te osoby są dla mnie ważne i chcę walczyć o ich duszę. Możliwe, że jest to naiwne podejście...
- Trzeba ich wprost upominać? Tu też pojawia się problem, bo ich myślenie jest naprawdę zdeformowane, a ja zawsze unikam konfliktów - nie czuję się gotowa na ostrą walkę kilka osób na jednego.
Od spowiednika novusovego usłyszałam, że nie należy ich upominać. Zamiast tego powinnam mówić, że jest mi przykro. Prawdopodobnie, w jakimś stopniu dotrze to do lewicowego rozumowania, ale nie czuję, żeby to było szczere rozwiązanie. To prawda, że jest mi przykro, ale to nie jest sedno problemu.
Pozdrawiam i proszę o wyrozumiałość dla świeżego tradsa.
Komentarze
Katolik powinien "apostołować". Tak jak Jezus powiedział: "Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mojego imienia". I to odróżnia tradsa od fajnokatolika, że nie poklepuje niewiernego po ramieniu i nie utwierdza go w przekonaniu, że wszystko jest ok.
Ale nie warto nawracać znajomych przysłowiowym "ogniem i mieczem" bo to ich tylko zrazi. Z pewnością "kościółkowy" katolik będzie dla nich źródłem pogardy czy zmieszania. Ludzie docenią postawę autentyczną dla katolika, który będzie czynem i własnym przykładem dawał świadectwo swojej wiary. Warto też na miarę możliwości bronić swojej wiary w towarzystwie, dlatego też warto czytać różne książki traktujące o katechizmie, nauce i tradycji jak i samo Pismo Święte. Jeżeli dobrze się trzymacie jako znajomi to nie ma sensu "odchodzić" i jeśli szanujecie nawzajem to co dla was ważne to i twoją wiarę powinni uszanować, dlatego nie pozwalaj na np. żartowanie sobie w towarzystwie ze swojej wiary, z Boga itp. Daj im poczuć, że to dla Ciebie święte i nie ma twojego przyzwolenia na wszelkie ataki, zaczepki. żarty czy szyderstwa. Jeżeli twoi znajomi będą zachowywać szacunek dla twojej wiary to myślę, że znajomość jest warta dochowania a kto wie, może któryś z nich pewnego razu zainspirowany twoim przykładem zacznie sam zgłębiać tajniki wiary :)
Ile to już było przypadków, gdzie wojujący ateista tak namiętnie czytał Pismo Święte i katolickie pisma, teksty i dokumenty chcąc dowalić chrześcijanom w dyskusji i wciągnął się tak, że sam postanowił uwierzyć :))
@kotfilemon: I ja po swoim nawróceniu zmieniłem podejście do swoich znajomych gdzie broniąc Jezusa i NMP odpadło mi kilku znajomych czego nie żałuję gdyż zyskałem innych oraz różne łaski Pana Boga. Natomiast mam inny problem, zważywszy że zacząłem dosyć dużo czytać i wbijać się w wiarę itd czego skutkiem jest codziennie odmawiany Różaniec Święty, Koronka do NSPJ i przyjmowana Eucharystia, ect powstała też we mnie chęć rozmawiania z innymi ludźmi o Bogu i gdzieś tam mimo chodem zacząłem rozmawiać ze znajomym o szeroko pojętych sprawach duchowych i okazało się że uczęszcza na Mszę tradycyjną i fajnie, ale sposób w jaki ze mną rozmawiał tj pewnego rodzaju wyższość, a co za tym idzie lekką pogardę w stosunku do mnie że co z tego że na NOM jestem codziennie skoro to tylko NOM, z Twojego komentarza za to dowiaduję się że jestem "fajnokatolikiem" bo nie jestem tradsem ( czyli tworzenie podziału, a nie próba zachęcania i pokazywania lepszej drogi) i nie powiem bo miałem chęć poznać Mszę Tradycyjną ale coś czuję że sobie odpuszczę bo widzę że zamiast pokory i uniżenia względem Boga jest pycha i wywyższanie się.
Takie szufladkowanie i ocena jest co najmniej głupia a na pewno krzywdząca, zważywszy na to iż z moich obserwacji wynika że bycie katolikiem tradycyjnym nie gwarantuje tego iż wiara jest mocniejsza, a pokora większa, może świadomość pewnych wad kościoła posoborowego większa ale to jest tylko wiedza, a nie wiara.
Tak patrząc na tą sytuację w kościele widzę to tak że tradsi to taka Warszawka, a reszta to taki głupi zaciemniały plebs z prowincji.
@Piotr Zwyczajny: Tu raczej chodzi o to, że uczęszczanie na Novus Ordo Missae prowadzi do duchowego zubożenia, przyjęcia protestanckiego punktu widzenia na liturgię i Eucharystię oraz ostatecznie do zagrożenia wiecznego zbawienia poprzez utratę integralnej wiary katolickiej, a nie że ktoś tu jest lepszy czy gorszy.
@mariusz1: Jakby w określeniu "fajnokatolik" nie znajduję potwierdzenia tym słowom jakobym się protestantyzował poprzez NOM, natomiast widzę po sobie że mój szacunek do Najświętszego Sakramentu I Eucharystii rośnie z każdym miesiącem.
Mam na uwadze choroby KK i bardzo nad tym ubolewam, czy uważam że KK się protestantyzuje pewnie w jakimś stopniu tak ale raczej jako jedno z narzędzi rogatego do rozwalania indtytucji od środka, ale wkładanie wszystkich do jednego wora i nazywanie nas fajnokatolikami zapewne idącymi na potępienie to jest zdecydowane nadużycie, mam świadomość że % udział osób wierzących między tradsami może być wyższy niż w fajnokatolicyźmie bo to jest masówka, ale bycie tradsem nie daje gwarancji zbawienia, patrząc na sposób wypowiadania się tradsów nie zachęca do poznawania tego środowiska.
Czy ktoś jest lepszy czy gorszy? Ja tego nie oceniam, ale czuję że jestem oceniany i to mnie drażni.
@Piotr Zwyczajny: To że pośród osób wiernych Tradycji są osoby które takie oceny podejmują, zawsze były i będą. Tego nie da się wyplenić, większość jednak jest chyba jednak inna, więc kilka jednostek nie świadczy o tym że wszyscy Tradsi są tacy jak pan opisuje.
@Piotr Zwyczajny: Ja bym się nie przejmowała takimi pojedynczymi osobami. W kaplicy Bractwa kapłańskiego, do której uczęszczam od jakiegoś czasu, ksiądz też już kilka razy upominał wiernych. Chodziło o zwracanie uwagi nowym osobom ;-) Ale ja nie idę na Mszę Trydencką dla wiernych, ani tez dla księdza, tylko dla Pana Boga, aby oddać mu jak najlepiej cześć i chwałę. W swojej parafii miałam z tym duży problem. Jest za dużo rozproszeń. Nie mogłam się skupić na Bogu. Msza Trydencka jest jakaś taka uporządkowana. Wszystko ma tu sens. Trzeba ją tylko dobrze poznać. A i ta stara tradycyjna nauka katolicka głoszona z ambony też ma sens. No i widzę po swojej rodzinie i znajomych jak tracą wiarę, albo ich wiara jest bardzo słaba. Moje rodzeństwo, mąż, starszy syn, wielu znajomych - oni już wszyscy przestali chodzić do Kościoła. I dookoła tylko słyszę o notorycznych rozwodach wśród znajomych ;-( Dlatego zgadzam się z księżmi z Bractwa kapłańskiego, którzy mówią, że można stracić wiarę chodząc na nową Mszę.
LICh upominać stanowczo NIE, ale jak najbardziej cierpliwie być pokornym i wzorem katolika , znosić uwagi bez obrazy, ale też i bronić wiary jeśli jest to w danej sytuacji rozsądne i ma sens, bo jeśli nie to lepiej odejść. Dlatego ważne jest czytanie książek apologetycznych , katechizmów , Pisma Świętego itd. No i oczywiście modlitwa, nawrócić ich może tylko łaska Pana Boga, nie my.
LICH!
Jestem w podobnej sytuacji. Mam grono znajomych, są wśród nich ateiści, koleżanka protestantka, tracący wiarę katolicy, także lewicujący. Od kiedy poznałem PRAWDĘ (od dwóch lat korzystam z posługi FSSPX) było wiele rozmów i nieraz zaiskrzyło. W trakcie jednej z nich zostałem zapytany kim dla mnie jest moja koleżanka protestantka (w rozumieniu religijnym) - nie mogło być innej odpowiedzi - jest heretyczką. Posypały się na mnie gromy, kiedy powiedziałem im, że nie ma innej odpowiedzi , bo to prawda, - usłyszałem : "że to moja prawda" . W spokoju wyjaśniłem im o co chodzi - po wyjaśnieniu nastała cisza i nie wróciliśmy już do tego tematu.Nadal się spotykamy.Tylko spokój, cierpliwość, miłość bliźniego. Oczywiście nieustające katolickie samokształcenie.
Z Panem Bogiem
Różnie to było ze znajomymi po odkryciu Tradycji, z jednymi kontakt zamarł, ale to raczej tak wyszło, jednej koleżance (nawet trudno mi powiedzieć czy była wierząca) odmówiłem bycia świadkiem na ślubie cywilnym, ale z kolegą z gimnazjum mam dobry kontakt, choć głównie rozmawiamy o piłce, jednak raczej większego problemu nie miałem.
Można tez porozmawiać z tradycyjnym księdzem.